poczta@naszagminaszczercow.pl

Wiadomości.

Trawy

Zakupiono przez Urząd maszynę do wykaszania traw na poboczach dróg. Po interwencjach mieszkańców że trawy sobie rosną i nikt ich nie wykasza dyrektor Drewniak wydał oświadczenie ze ,,maszyna nie może wykonywać tego do czego jest przeznaczona bo latem robi inne prace, wicie i rozumicie". Jak dodał dalej ,,wykaszanie traw nastąpi w okresie zimowym gdyż wtedy maszyna będzie wolna". Natrętni domagają się wobec tego od Drewniaka aby zakupił on drugą maszynę do robienia tych innych prac aby wykaszała trawy zamiast tej pierwszej i to w okresie kiedy te trawy sobie rosną. Co dalej z tą propozycją nie wiadomo gdyż dyrektorskie usta milczą.

Podgląd czy może ogląd.

Z inicjatywy dyrektora Drewniaka zwiększono nakłady na podgąd czy też może ogląd mieszkańców. Wszystko to w trosce o ich bezpieczeństwo i dobre samopoczucie. Wykorzystuje się do tego celu ,,czujki piesze" które chodzą po miejscowości - i nie tylko - nawet nocami i sprawdzają ,,kto z kim, kiedy, po co, na co i dlaczego". Nieodpowiednie zachowania, czy też przebywanie z osobami podejrzanymi niezagubionych, są przez Drewniaka zaraz piętnowane a delikwenci uświadamiani są że schodzą na złą drogę. Trzeba pochwalić taką inicjatywę gdyż bezpieczeństo przede wszystkim. Dementujemy plotki o wynagradzaniu ,,czujek pieszych", gdyż obchody wyżej wymienionej miejscowości robia w czynie społecznym, czyli za tak zwaną ,,darmochę".

Pasy.

Dyrektor Drewniak polecił aby wymalować na ulicach pasy dla pieszych (tzw ,,zebry"). Chodzą słuchy że wszystkie psy -a nawet i suki- w miejscowości, aby przjść na drugą stronę ulicy nie przejdą jej w innych miejscach tylko po tych pasach co powoduje to na nich ,,korki". Dyrektor postanowił więc domalować na ulicach drugie przejścia ale z napisem ,,tylko dla psów i suk". Obok tych przejść -czy też przebiegnięć- będą stały odpowiednie siły które szczekaniem powiadomią owych o właściwych dla nich ,,zebrach". Inicjatywa bardzo słuszna, ale co np. z kotami, czy innymi chodzącymi czworonogami?. To może zamalować owe pasy i po kłopocie.

Zbliżał się dzień uroczystości wielkiej, dzień, w którym to imieniny miała obchodzić wielce szanowna małżonka wielce szanownego i zasłużonego dyrektora Drewniaka. Która to już taka uroczystość miała być w tym roku? Mieszkańcy doliczali się szóstej, natomiast kronikarze urzędu twierdzili, że dopiero trzecia, bo tych nieoficjalnych się nie liczy. Ponieważ figura wielce szanownej małżonki wielce szanownego dyrektora - Armanagildy Drewniak z domu Pociągłła - miała w sobie ,,to coś”, że żaden ubiór gotowy nie był w stanie tego ,,coś” uwypuklić, więc krawcy, szewcy i inne modystki skracały, poszerzały, dodawały i ujmowały, aby wejście szanownej małżonki, oczywiście u boku szanownego małżonka, zrobiło odpowiednie na zebranych wrażenie. Na krótkiej naradzie dyrektor poinformował zebranych o zmianach w wydatkach, czyli gdzie, komu i ile się zabierze, przesunięcia te dotyczyć miały niepokornych ,,niech też się do święta mojej szanownej małżonki dołożą”, a swoim przypomniał tylko o dobroczynnych datkach na ten zbożny cel. Jak zaznaczył zaraz ,,datki te są dobrowolne, ale nie mogą być też za skromne”, bo ,,wicie i rozumicie”.

UWAGA: wszystkie zdarzenia i osoby występujące w tych opisach nie mają żadnych powiązań ze zdarzeniami i osobami współczesnymi. Każdy kto myśli inaczej robi to na własną odpowiedzialność. Od jakiegoś czasu atmosfera w urzędzie stała się - za sprawą dyrektora Drewniaka - wprost wybuchowa. Wszyscy chodzili nią tak naładowani, że aż leciały im iskry spod nóg, a już sam bliższy kontakt z szefem groził porażeniem drugiej osoby. Był on jak ten naładowany kondensator i strzelał tym prądem w kogo popadnie. Nawet petenci, którzy odwiedzali urząd, szybkość wejścia do niego to mieli jeszcze normalną, ale przy wyjściu nabywali takiej prędkości, że przeskakiwali nieraz w tym pędzie wszystkie schody, co to do niego prowadziły. Trzeba było coś z tym zrobić, tym bardziej, że poparcie w sondażach dla Drewniaka brało dosłownie w łeb, a tylko patrzeć i jakaś aureola - z tego prądu zapewne - mogłaby się jeszcze ukazać nad dyrektorską głową. Zwołany więc kolektyw rozpoczął się nietypowo, gdyż na początku szef odebrał od wszystkich przysięgę milczenia bo...
- Wicie i rozumicie - zagrzmiało - znalazł się u nas taki jeden nieduży, a właściwie to mały, który chce odebrać mi mój stołek, moje dyrektorstwo, całą moją miłość życia - tu głos uwiązł w mu przełyku - ale nic nie wskóra ten ten... podły harcownik - tu podparł umęczoną głowę rękoma.

Dzień był parny i gorący, dlatego okna w gabinecie dyrektorskim otwarto jak szeroko. - Powiem, że powiem tak - rozpoczął spotkanie ze swoimi dyrektor Drewniak. Wrażenie jakie wywarły na zebranych te słowa było piorunujące. Powieki zaufanej Kodarczyk zaczęły poruszać się w takim tempie, że zaczęło coś z nich odpadać. Usta pozostałych otworzyły się tak szeroko, że zaufanemu - tu bez nazwiska - część uzębienia będąca przypisana do dolnej żuchwy stanęła dęba i biedak zaczął się dusić. Walnięcie w plecy przez Gienioszewskiego uratowało mu życie, bo przeszkoda wyskoczyła z otworu i znalazła się - o zgrozo - aż za oknem. U wszystkich pojawiła się jedna myśl, że musi się po takim wstępie wydarzyć coś naprawdę jeszcze straszniejszego, wszak pierwsza oznaka już była. Nie zrażony jednak tym dyrektor ciągnął dalej.

Są tacy ludzie, którzy zawsze i wszędzie szukają dziur w rurach i je znajdują. I pod bokiem dyr. Drewniaka też znaleźli się tacy. Rej wśród nich wodził niejaki Austriacki. Ten to idąc - wraz ze znajomymi - owym deptakiem potknął się na jego krzywiźnie, wykopał jedną kostkę uszkadzając sobie przy tym czubek buta i gniew na to ogarnął go srogi. Zwołał podobnych sobie i ci stawili się z wszelkim potrzebnym sprzętem. Podobno przyszli też i gapie, którzy - jak to gapie - kręcili się, czy też coś tam kręcili. Pomiary deptaka robiono we wszystkie strony: w górę, w dół, wszerz, wzdłuż, a nawet wyciągano jakieś ułamki i sinusy, a wszystko to skrzętnie dokumentowano. Z tymi wynikami zjawili się na zebraniu otwartym. Odpytywanie Drewniaka wziął na swoje barki Austriacki.

Wieczorem w ,,Karczmie” u dobroczyńcy Karczmarza stawili wszyscy, jak jeden mąż i jak jedna żona. Wszak narada w sprawie deptaka wzdłuż rzeki to nie przelewki. Potrzebne są do tego tęgie głowy i rozumy. Sam dobroczyńca też dołożył wszelkich starań. Na drzwiach powiesił tabliczkę ,,Remont”. Psy gończe zostały pospuszczane, a przed wejściem stała oparta o mur metrowej długości pała, taki można powiedzieć ,,gumowy Makarenko” na obcych. Wszak wróg nigdy nie śpi. Stoły uginały się pod wszelkiego rodzaju dokumentami potrzebnymi w dyskusji, nawet wody orzeźwiającej nie zabrakło, bo praca zapowiadała się długa i ciężka. Na ten widok niektórym ,,jabłka Adama” wykonały ruch posuwisto-zwrotny w górę i w dół, a z piersi wyrwał się okrzyk ,,nie spoczniemy aż dojdziemy”. Po wstępnym zapoznaniu się ze zgromadzoną dokumentacją głos zabrał szef.
- Wicie skoro nie ma mostu przez rzekę, to zrobimy spacerniak wzdłuż rzeki. I to i to rzeka.

No i stało się. W nocy runął do rzeki most. Co prawda stary już był i na drewnianych słupach stał, od dołu rzeka a od góry korniki i inne robactwo go niszczyło, a że nigdy remontu nie przeszedł, to się wziął i zawalił. Co do tych korników i innego robactwa, to dyrektor Drewniak twierdził, że ktoś celowo je tam nawrzucał, jak kiedyś amerykanie stonkę, ale jaka była prawda to nie wiadomo. Narada w sprawie mostu odbyła w trybie ,,pendolino”. W gabinecie dyrektorskim stawili się wszyscy. Pojawił się na niej także rzadko widywany w tym miejscu pan Gienioszewski, który to szefował Referatowi Środków Niepozyskanych, a i sam dyrektor cenił go bardzo, gdyż sumiennie wywiązywał się ze swoich obowiązków, bo nigdy i niczego jeszcze nie pozyskał.

Po śmierci mojej ciotki dostał mi się, między innymi, w spadku gruby zeszyt zapisany przez nią różnymi, ważnymi dla niej sprawami. Odnosiła się w nim także do pewnych faktów, jakie miały miejsce w jej pracy, a że była w tej instytucji główną księgową to widziała i słyszała - jak wynika z tych zapisków - dużo. Konikiem ciotki były koligacje rodzinne oraz przodkowie wśród, których doszukała się szlachciców, bo jak mówiła ,,samo nazwisko Talar to już coś znaczy”. Uważała się za szlachciankę i tak też się zachowywała na co dzień. Potrafiła powiedzieć - na przykład - swojemu dyrektorowi, gdy ten za bardzo ingerował w jej obowiązki, że ,,pana rodzic to mógł mojemu ojcu co najwyżej buty czyścić”. I - o cudzie - nawet włos jej z głowy za to nie spadł. Upublicznię część z tych wpisów zmieniając trochę podane w nich nazwiska, a miejscowość, której one dotyczą niech pozostanie tajemnicą. Więc...