poczta@naszagminaszczercow.pl

UWAGA: wszystkie zdarzenia i osoby występujące w tych opisach nie mają żadnych powiązań ze zdarzeniami i osobami współczesnymi. Każdy kto myśli inaczej robi to na własną odpowiedzialność. Od jakiegoś czasu atmosfera w urzędzie stała się - za sprawą dyrektora Drewniaka - wprost wybuchowa. Wszyscy chodzili nią tak naładowani, że aż leciały im iskry spod nóg, a już sam bliższy kontakt z szefem groził porażeniem drugiej osoby. Był on jak ten naładowany kondensator i strzelał tym prądem w kogo popadnie. Nawet petenci, którzy odwiedzali urząd, szybkość wejścia do niego to mieli jeszcze normalną, ale przy wyjściu nabywali takiej prędkości, że przeskakiwali nieraz w tym pędzie wszystkie schody, co to do niego prowadziły. Trzeba było coś z tym zrobić, tym bardziej, że poparcie w sondażach dla Drewniaka brało dosłownie w łeb, a tylko patrzeć i jakaś aureola - z tego prądu zapewne - mogłaby się jeszcze ukazać nad dyrektorską głową. Zwołany więc kolektyw rozpoczął się nietypowo, gdyż na początku szef odebrał od wszystkich przysięgę milczenia bo...
- Wicie i rozumicie - zagrzmiało - znalazł się u nas taki jeden nieduży, a właściwie to mały, który chce odebrać mi mój stołek, moje dyrektorstwo, całą moją miłość życia - tu głos uwiązł w mu przełyku - ale nic nie wskóra ten ten... podły harcownik - tu podparł umęczoną głowę rękoma.

Taki obraz nędzy i rozpaczy. Wśród zebranych szum powstał wielki. Dało się słyszeć okrzyki - huzia, a psami go, my za tobą w ogień! Zadranowski zaraz dodał, że on nawet to i w wodę! Nowej kierownik ORPKiC to tak łzy leciały, jakby rzeka tamę jakąś wymyła. Gienioszewski to brał się nawet do zakasywania  rękawów, ale że u koszuli akurat miał krótkie, to drapał się jedynie pod pachami. Jęk jeden wielki i zgrzytanie zębami się rozlegało, a gdzieniegdzie słychać było nawet wśród zebranych szczęk szczęk. Tak donośne były te głosy, że i psy rozwyły się na okolicę. Zaufana Kodarczyk chciała pocieszyć dyrektorskie ciało, ale taki prąd skoczył na nią, że loki na jej głowie się wyprostowały i wyglądała tak jakby kogut na nią napadł. Powiedzieć na taką tragedię, że ,,po nas choćby potop”, to nie powiedzieć nic. Gdy się uspokoiło trochę głos zabrał Gienioszewski, który stwierdził, że zdarzyło mu się czytać kiedyś nawet książkę o takim małym harcowniku, ale on był rycerz!

- A jak się nazywał?- dopytywał się Drewniak.
Oczy Gienioszewskiego poleciały do góry i po namyśle wypalił, że jakoś tak na By, Wy, czy Ky.
- I jak się skończył ten rycerz? - nie odpuszczał dyrektor.
-Nie wiem, nie doczytałem, bo miała grubo ponad pięćdziesiąt stron.
Wszyscy pokiwali ze zrozumieniem głowami, bo gdyby nawet doczytać taką rzecz do końca to i tak się zapomni co było na początku.
- Wicie ja już znalazłem taką osobę, która pomoże wyrwać tego tfu... chwasta. To Pani Niezwykła – tu skłonił się w jej kierunku - która ma to wszystko w jednym małym palcu. Na to głowa Wylazła zaczęła kręcić jego senatorskim obliczem w prawo i w lewo.
- A wam co się stało? - zapytał dyrektor.
- Bo, żeby kobieta miała wszystko w jednym palcu tego jak żyję to nie wiedziałem.
- Jak powiedziałem to tak jest - rozindyczył się szef, bo dyskusja znowuż zbaczała nie w tym kierunku.
- Mam - wydarł się nagle Gienioszewski – już wiem. On nazywał się Wo... Woł...- mimika twarzy kierownika mówiła o ciężkiej pracy wykonywanej przez szarą komórkę, a może tych komórek  było i dwie. Tutaj zaufany Holak szepnął do kierownik Gość-Coś, że czarno widzi koniec tej dyskusji, gdyż wymieniono dopiero trzy litery, a cały alfabet ma ich dwadzieścia kilka i jak wejdą jeszcze w ,,ą” i ,,ę” to dopiero narobi się bigos.
- Wołodyjowski - wypalił kierownik - ale on jeździł na koniu - dodał zaraz.
- Chyba na koniach - wtrącił zaufany Piernacik - przecież samochody nie mają jednego konia tylko więcej!
Zaufany Wylazł złapał się rękoma za głowę (własną) i zapytał zbolałym głosem - O jakich koniach wy mówicie? Ja u siebie w samochodzie nie widziałem żadnego konia, ani nawet jego łba czy kopyta!
Część zebranych popadła w zadumę, czy to co powiedział Wylazł nie jest aby przypadkiem prawdą, gdyż oni też nic z tych rzeczy u siebie nie widzieli. Mina dyrektora Drewniaka wyrażała rozpacz bezdenną. Chęć rzucenia tego wszystkiego w diabły nabrała mocy dominującej. Zapomniał nawet biedak po co zwoływał całe to zebranie. Siedział więc i patrzał tylko na to wszystko, bo niczego już nie ogarniał. Tak to jest gdy chce się powozić zaprzęgiem, a każdy koń w nim woli iść w swoją stronę i czasami to nawet staje ,,dęba”. Tu głos zabrała Pani Niezwykła.
- Abstrahując od empirii to wykładnia pejoratywna tej implikacji zasadza się na meritum kontestacyjnym, co do indywiduum przeciwko, któremu jest ekspediowana*. Tu przerwała i popatrzyła na zebranych. Wpatrywało się w nią kilkanaście zbaraniałych twarzy. Zbaraniał po tych słowach nawet mądry Holak, ale najgorsza przypadłość trafiła zaufanego Wylazła, który zaczął mamrotać: O co chodzi? Po co mi to? Za czyje grzechy? I pot wielki go oblał. Wsadził więc rękę do kieszeni, wyciągnął chustkę wielkości pół prześcieradła i strzepnął nią energicznie. Wiatr taki poszedł po gabinecie, że dwie firany wywiało z okien, zaufany niższego szczebla, chudzina Wichura, to spadł z krzesła, a włosy Kodarczykowej stanęły dęba i znowuż wyglądała tak, jakby drugi kogut na nią napadł. Na to Drewniak wskazał tylko boleściwym ruchem ręki Wylazłowi kąt swojego gabinetu i wykrztusił - wicie i rozumicie - po czym spojrzał z nadzieją na panią Niezwykłą i zamilkł. Jak widać, książka okazała się za gruba.
Zaczęła więc Niezwykła z innej beczki.
- Doszukaliśmy się z dyrektorem takiego precedensu, eee…, to znaczy takiego przypadku u tego ,,Wołodyjowskiego”. Kiedyś, bardzo dawno temu - zaczynało się jak bajka, co poparł zaraz Letniak mówiąc - o to to - bo bardzo bajki lubił i przeglądał czasami takie nie za grube książeczki, które miały na pierwszej stronie napis ,,Poczytaj mi mamo”.
- A więc kiedyś stał sobie słup i po nim szedł do tego Wołodyjowskiego drut - dalszą opowieść przerwał Holak, który stwierdził, że żadne druty po słupach nie chodzą, a tylko na nich mogą wisieć. Na to z kąta rozległ się histeryczny okrzyk Wylazła: Jezus Maria, po czym zaufany zasłonił sobie uszy rękoma. Dyskusja natrafiła znowu na rozjazd i potoczyła by się zapewne po innych szynach, ale sroga dyrektorska mina przywróciła ją na tor główny.
- Napisał więc wtedy ten harcownik takie pismo w którym wyszczególnił… no opisał, że słup jest stary i drewniany. Tu znowuż wtrącił swoje Zadranowski mówiąc, że drewniane też stoją długo - taki lizus, ale Niezwykła mówiła dalej.
-… i dlatego grozi zawaleniem. A jak się przewróci to może być i wypadek. Dlatego urząd powinien dołożyć do wymiany tego słupa. Ówczesny dyrektor wyraził zgodę, wezwał odpowiednią firmę i dołożył z kasy urzędu. I tu go mamy - mówiła - bo w rubryce ,,czy stoją jakieś nowe słupy, jeśli tak to ile” wpisał ,,0” i potwierdził to zero jeszcze słownie. Ponadto podpisał się nieczytelnie i przesunął ten podpis o pół centymetra w lewo. Jest to fałszerstwo, bo słup był i podpis nie jest wyraźny. Trzeba więc skierować taką krzywdę urzędu dalej.
- Ale na to potrzeba pieniędzy- dodał Drewniak.
Stała się rzecz co najmniej dziwna. Na wzmiankę o pieniądzach spadła na zebranych jakaś amnezja wtórna, czy inna głuchota. Nagle część z nich zaczęła oglądać swoje paznokcie, inni powyciągali jakieś kartki z kieszeni, które z uwagą wielką zaczęli oglądać, a zaufana Paniszcze wraz z Gość-Coś pokazywały sobie jakieś dziwo za oknem, którym to były dwa wróble siedzące na jednym kominie. No, żeby naraz coś takiego! Sytuację próbował ratować jeszcze Letniak, który przytomnie zauważył że przy tym słupie to pytano - o nowy słup, a nowego nie było, ale głupoty z głowy wybił mu sam Drewniak mówiąc: nie ważne jest kto i co komu ukradł, ważna jest sama kradzież. Poparł swojego szefa sam Gienioszewski,  który tak to wyjaśnił.
- Jest taka nauka statyka**, która mówi, że jak ja bijam swoją żonę dwa razy dziennie to według niej wychodzi, że ty Letniak i ja, czyli  każdy z nas, bija swoją żonę raz dziennie. Wtrącił się do tego bijania Wichura mówiąc, że taka nauka to kłamie, bo on nigdy nie bija swojej żony!
- A dlaczego? - z ciekawości zapytał Zadranowski.
- Bo żona bija mnie - palnął bez namysłu Wichura i zaraz ugryzł się w język. Ale było już za późno bo śmiech wielki się rozległ wśród zebranych.
- I tak i tak chodzi o bicie - podsumował Gienioszewski. Mina,  która zagościła na twarzy zaproszonej Niezwykłej była wypisz wymaluj taka sama jak miny zebranych po jej pierwszych słowach. Widząc, że tak nic nie wskóra wziął się Drewniak za odpytywanie.
- Czeba zrobić tak. Pieniądze ze spacerniaka są? Są! Więc należy ich użyć, bo inaczej... Niedomówienie zawisło w powietrzu. Faktycznie, inaczej można było stracić wszystko. Tutaj zaufana Kodarczyk zapytała, czy nie można by ten spacerniak zostawić jakoś w spokoju? Postawa dyrektora wskazywała jednak, że nie jest mimo wszystko gotów do takich poświęceń. Resztę środków szef obiecał dołożyć z działu rzeczy ,,nagłych, niezwykłych tudzież dramatycznych”, ale dodał też, że być może będą potrzebne jeszcze jakieś cięcia.
- Ale kto to będzie robił? - padło pytanie. Pani Niezwykła, która odzyskała już swoją werwę tłumaczyła - Trzeba zamówić taki pododdział, który takimi sprawami się zajmuje. A nawet i więcej tych pododdziałów - dodał zaraz dyrektor- aby było pewniej.
- Można i więcej - zgodziła się zaproszona - taki więc pododdział to potrafi nawet udowodnić oddziałowi z pustej kartki papieru, na której jest tylko mała czarna kropka, że przedstawia ona psa jedzącego kość!
- A jak?- zapytał mądry Holak.
- Taki pododdział - tłumaczyła - wyjaśnia oddziałowi, że kości nie ma, bo pies już ją zjadł, psa nie ma, bo jak zjadł to sobie poszedł! A na pytanie zadane przez oddział: Co to za czarna plamka w rogu? Odpowiada, że to jest to to, co psy zostawiają po zjedzeniu kości.
- Taka śtuka - rozpromienił się Letniak - to teraz mamy go w garści. Tak więc po długich rozmowach plan był gotów, a wykonanie należało teraz do dyrektora i pani Niezwykłej. W ciszy,  która zapadła zaufany Holak obliczał na kartce papieru, czy aby te wydatki nie będą większe niż straty urzędu, gdyż żadna suma po tej stronie z ust dyrektora nie padła. Natomiast z kąta, w którym siedział Wylazł, dobiegał skrzyp krzesła na którym to zaufany kiwał się w tył i w przód jakby cierpiał na jakąś niezaleczoną chorobę sierocą, ale zaśpiew ,,krakowiaczek ci ja” wyraźnie przeczył temu.
Dopisek z zeszytu ciotki: ,,Wszyscy razem i każdy z nich z osobna powinni umieścić dużymi literami takie ogłoszenie w prasie: pragnę zostać porządnym człowiekiem, szukam do tego wysiłku wspólnika. No bo przecież żaden z nich sam się nie będzie wygłupiał”.
Dopisek ciotki odnosi się (chyba) do fraszki Mariana Załuckiego.

       *      - wiadomo, że nie bardzo wiadomo.
       **   - chyba statystyka a nie statyka. Coś ten Gienioszewski namieszał.
  

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież