poczta@naszagminaszczercow.pl

Zbliżał się dzień uroczystości wielkiej, dzień, w którym to imieniny miała obchodzić wielce szanowna małżonka wielce szanownego i zasłużonego dyrektora Drewniaka. Która to już taka uroczystość miała być w tym roku? Mieszkańcy doliczali się szóstej, natomiast kronikarze urzędu twierdzili, że dopiero trzecia, bo tych nieoficjalnych się nie liczy. Ponieważ figura wielce szanownej małżonki wielce szanownego dyrektora - Armanagildy Drewniak z domu Pociągłła - miała w sobie ,,to coś”, że żaden ubiór gotowy nie był w stanie tego ,,coś” uwypuklić, więc krawcy, szewcy i inne modystki skracały, poszerzały, dodawały i ujmowały, aby wejście szanownej małżonki, oczywiście u boku szanownego małżonka, zrobiło odpowiednie na zebranych wrażenie. Na krótkiej naradzie dyrektor poinformował zebranych o zmianach w wydatkach, czyli gdzie, komu i ile się zabierze, przesunięcia te dotyczyć miały niepokornych ,,niech też się do święta mojej szanownej małżonki dołożą”, a swoim przypomniał tylko o dobroczynnych datkach na ten zbożny cel. Jak zaznaczył zaraz ,,datki te są dobrowolne, ale nie mogą być też za skromne”, bo ,,wicie i rozumicie”.


Zrozumieli wszyscy o jakie sumy idzie, coś od wartości trzech świniaków wzwyż. Natomiast górnej ilości świniaków nie określono. Dyrektor - ku pokrzepieniu zebranych – dodał, że sam też dorzuci ze środków ,,na sytuacje nadzwyczajne” aby, jak to określił ,,i wilk był syty i owca cała”. Chyba jest to niemożliwe, ale kto wie? Wyłożono także w urzędzie księgę życzeń dla wielce szanownej małżonki. Przeważały krótkie wpisy o treści ,,STO LAT”, czasami odważny jakiś napisał ,,WIĘCEJ NIŻ STO”, ale zdarzał się też i taki złośliwy jak ,,STO LAT W MAŁŻEŃSTWIE”. Toż to już była jawna dywersja. Sama uroczystość miała się odbyć w nowo otwartym, niedaleko od urzędu, budynku i składać się miała z trzech części: pierwszej oficjalnej, drugiej półoficjalnej oraz trzeciej nieoficjalnej czyli ,,hulaj dusza piekła nie ma”.

Na uroczystość stawili się wszyscy. Próbowali się dostać na to widowisko, jak zwykle w takich sytuacjach bywa niezorganizowani, ale ochrona złożona z ochotników - każdy z członków ochrony, aby dostąpić tego zaszczytu był przepytywany do trzeciego pokolenia wstecz - wypraszała takich grzecznie acz stanowczo. Zebrani ustawili się w dwóch rzędach, a pośrodku nich leżał dywan posypany kwiatami, po którym mieli stąpać wielce szanowna małżonka u boku swojego wielce szanownego i zasłużonego małżonka. Efekt wejścia pary dostojników był taki, że niektórym paniom na widok imienniczki zagotowały się od razu żołądki, a oczy panów rozjarzyły się takim blaskiem, jaki pokazuje się w oczach lisa który poluje na kury. Para przeszła po owym dywanie i zajęła swoje miejsca. Siedzieli sobie na tle wielkiego, uśmiechającego się do nich słońca i błękitnego nieba. Bez żadnej chmurki. Reszta przybrania miała podobny wygląd. Dopiero teraz, kiedy pierwszy szok na widok stroju szanownej małżonki minął, rozległy się ,,achy” i ,,ochy”. A było co podziwiać. Od góry bowiem miała na sukni obcisły żakiet, która to suknia od stanu przechodziła w bufiaste spodnie związane w kostkach nóg wstążkami. Buciki na wysokim obcasiku i toczek z dwoma piórami czyniły ją dużo wyższą od swojego partnera. Strój ten mienił się wszystkimi kolorami tęczy i wyglądało tak, jakby nie jedno ale dwa słońca rzucały blask jaśniejący. Szanowny małżonek solenizantki też miał ubiór z jakiegoś błyszczącego materiału, który mienił się w oczach, a najwięcej uwidaczniało się to na łokciach i kolanach.

Rozpoczęły się hołdy. Podchodziły więc pary (w kolejności według zasług) i składały upominki, a niektórzy zasłużeni robili to nawet w przyklęku. Ponieważ trochę to trwało, a stoły kusiły to końcówka składania hołdów odbyła się grupowo i tak to punkt pierwszy przeszedł do historii. Punkt drugi pominięto i rozpoczęła się część trzecia porządku, ta nieoficjalna.

Do opisu co się działo w owym punkcie brakłoby wołowej skóry oraz trzeba by zatrudnić ze trzech hrabiów Fredrów, co najmniej ze dwóch Mickiewiczów i z jednego Żeromskiego, bo w takim tempie zmieniały się obrazy. Raport będzie więc krótki i ogólny. Po paru toastach życzeniowych część pań zatańczyła kankana, ale buciki, które po wymachach nóżek do góry opuściły stópki wytrząsły dwie szyby w oknach, zaufany Holak odnalazł wreszcie swoją bliską rodzinę bo tłumaczył Zadranowskiemu, że ,,jesteś dla mnie jak brat”, dyrektor Drewniak wynalazł - nie wiadomo skąd - duże lustro, z którym prowadzał się w objęciach, obcałowywał szkło i mówił do odbicia w nim ,,nie wiem skąd cię znam, ale podobasz mi się ty mordo”. Tak, że zabawa była przednia, bo wesoło było i radośnie. Nastrój popsuł zaufany Letniak, który tą swoją ,,śtuke budowlaną” musiał wsadzić wszędzie. Zaczął wykrzykiwać, że - on to tego, który ten spacerniak kładł na swoje podwórko nie wpuści, bo o śtuce budowlanej nie ma żadnego pojęcia. Od słowa do słowa i utworzyły się dwa wrogie sobie stronnictwa, a że słów wkrótce brakło więc zaczęto podwijać rękawy i przechodzić na język migowy. Widząc co stać się może, a nie wiedząc komu należy się w tej dyskusji wygrana, ktoś z ochrony wykręcił ,,korki”. Ciemność ogarnęła wszystkich, ale po chwili dały się słyszeć w tej ciemności śmiechy perliste i jakby rżenia koni.

Na drugi dzień w miejscowości pusto się zrobiło. Nieliczni, których ,,mus” wygnał z domów, przemykali się chyłkiem od bramy do bramy rozglądając z trwogą dookoła. Bo źle jest być posądzonym o to, że imieniny wielce szanownej małżonki dyrektora spędzili w niewłaściwy sposób.

 

Komentarze   

+447 #1 czytelniczka 2017-04-27 10:41
Gratulacje!!! Najlepszy tekst o Kamieńcu Nadolnym! I chyba wszyscy wiedzą o kogo chodzi!!! Bravo!!! Proszę o więcej! Może o rodzinnych koneksjach i układzikach?
Cytować

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież